sobota, 19 kwietnia 2008

W drodze do Kanionu Colca

Droga z Arequipy do Chivay (największe miasteczko w dolinie Rio Colca), wraz z licznymi przystankami na fotki zajęła jakieś 5h. W najwyższym miejscu droga (w całości prawie-asfaltowa) wspina się na wysokość 4810m npm. 

Na takiej wysokości dla osób nieprzyzwyczajonych (na przykład dla nas) choroba wysokościowa zaczyna trochę doskwierać. Ale nie ma powodów do obaw, w Peru znają wiele sposobów na radzenie sobie z objawami. Dziwnym trafem, większość z nich opiera się na produktach z koki. A więc mamy herbatę z koki, coca-cookies, cukierki z koki, a wreszcie całe liście koki do żucia. Wygląda to mniej więcej tak, jak na zdjęciu obok.

Czy pomaga, trudno mi powiedzieć, bo objawów poza trudnością ze złapaniem oddechu na szczęście nie miałem, ale muszę przyznać, ze ciasteczka są smaczne. :)

Żeby nie było, że cały post promuje tylko zażywanie koko-pochodnych produktów, to wrzucam także parę zdjec pstryknietych po drodze. Po drodze przez Reserva Nacional Salinas y Aguada Blanca, mielismy okazje zobaczyc troche roznych zwierzakow, m.in. dzikie wigonie (vicuña) i nie-dzikie lamy i alpaki.




Wulkan Chachani widoczny po drodze:


Tak wygląda 4800 metrów nad poziomem morza. ;) słupki poukładane z kamieni to tzw. apu, symboliczna ofiara dla bogów gór.

środa, 16 kwietnia 2008

Arequipa

Dzisiaj jedynie krótka relacja bez zdjeć, bo tak jakoś sprytnie wykombinowałem, ze zostawiłem kabel USB w hostelu... jak się uda, może później dodam.

Zgodnie z planem, przyjechaliśmy nocnym autobusem do Arequipy. Zadziwiające jest to, ze pomimo niezbyt wygodnej pozycji, byłem całkiem wyspany i jedynie trochę się lepiłem do ubrania (sponsorem imprezy jest 30-stopniowy upał w Nazca). Na szczęście sprawnie udało sie znaleźć hostel (Like Home, 25 soli od glowy) i szybko odlepić się od ubrania.

Podbój Arequipy rozpoczęliśmy od śniadania w knajpie dla tubylców. Omlet (?) i kawa na mleku, które dostaliśmy w ramach desayunio continental, wyglądały trochę podejrzanie, ale skoro piszę te słowa, to nadal żyję, wiec chyba nie był trujący. Potem obowiazkowo Plaza de Armas (taki peruwiański odpowiednik polskiego rynku, Plaza de Armas jest chyba w każdym miescie), lokalna katedrę oraz Compañia de Jesus czyli kościół jezuicki.





Następnie prawdziwy rodzynek - Monasterio Santa Catalina. Jest to 16-wieczny klasztor, wyglądający jak miasto w mieście, otoczony murami obronnymi, z labiryntem przejść, uliczek i placów. Niezwykła architektura w połączeniu ze ścianami pomalowanymi na żywe kolory indygo, ochry i pomarańczy zmusiły mnie do wypstrykania ponad 200 fotek (zdjecia poniżej, więcej tutaj...). Wstęp aż 30 soli, ale zdecydowanie było.





Ostatni przystanek na dzisiaj to Museo Santury z ekspozycją zamrożonej mumii dziecka-ofiary, którą Inkowie złożyli w ofierze bogom gór na szczycie wulkanu. Po wczorajszej wizycie na cmentarzu Chauchilla mumia (trzeba przyznać, że nieźle zachowana) nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ale dobrze przygotowany przewodnik nadrabiał braki wyjaśniając wszystko, co sie dało wyjaśnić.

pozyczone zdjecie mumii

Jutro z rana wyruszamy na dwa dni do Kanionu Colca, więc pewnie będziemy mieli urlop od Internetu. ;)
Update: udało mi się dzisiaj wgrać parę zdjęć. Patrz powyżej.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Nazca i okolice

Nasz pierwszy dzień w Peru przebiegł "prawie" bez większych przygód, koniec końców dotarliśmy autobusem z Limy do Nazca. Dzisiaj za to przygody byly. Okolo południa wybraliśmy się na lotnisko, gdzie za jedyne 50 dolarów (wraz z dowozem z hotelu) mieliśmy obejrzeć sławne linie na pustyni.


Na miejscu okazalo sie, ze jest mala kolejka, wiec korzystajac z okazji popstrykalismy pare zdjec startujacych samolotow i za jedyne 3 sole postanowilismy sprobowac lokalnej odmiany coli - Inca Kola :) Jak sie potem okazalo, nie byl to najlepszy pomysl...


Dlaczego? Inca Kola smakuje jak oranżada i jak kazda oranzada, jest gazowana. Gazowany napoj + mala chybotliwa Cessna + (choroba lokomocyjna o ktorej nie wiedzialem, ze ja mam) = bad mix. Ale o tym dowiedzieliśmy sie dopiero podczas lotu. Nastepnym razem jak przeczytam w przewodniku, zeby nie jesc i nie pic przed takimi atrakcjami, to posłucham.


Przechodzac do rzeczy (errm, do lotu), w koncu doczekalismy sie swojej kolejki i zaproszono nas do samolotu. Udalo mi sie wbic na fotel ko-pilota, dzieki czemu mialem okazje poogladac z bliska wszystkie przyciski i przelaczniki. Sterow niestety nie dostalem do potrzymania.

Koliber

Drzewo i ręce (vel kurczak)
Same linie są niezwykle, rownie niezwykle jak teorie co do ich przeznaczenia (m.in. ladowiska dla statkow kosmicznych...). Przed lotem obawiałem sie, ze niewiele bedzie widac. Okazalo sie ze ksztalty jasno i wyraźnie widac na tle czerwonej pustynii. Przelot trwal okolo 35 minut, pod koniec udalo sie zrobic jeszcze parę zdjęć samego miasta.

Nie wiem jak Wasze skojarzenia, ale dla mnie to prawie jak Somalia (z powierzchni ziemii tez Somalia). Chyba za duzo gier komputerowych sie naogladalem... A po wyladowaniu to juz wiecie co bylo. Wytoczylismy sie z samolotu i chwiejnym krokiem pomaszerowalismy (po drodze placac airport tax - 10 soli) do cienia, uspokoic nasze zoladki.
Po poludniu postanowilismy zwiedzic Museo Antonini (kolekcja porcelany, pare zmumifikowanych czaszek i inne artefakty archeologiczne, 15 soli). Poniewaz to nie zaspokoilo naszej checi ogladania mumii i czaszek, za kolejne "jedyne" 30 soli (transport + "przewodnik") pojechalismy do Cementario Chauchilla. Zdecydowanie polecam wycieczke wszystkim fanom Tima Burtona - 20 hektarow pustynii doslownie zasianych ludzkimi szczatkami sprzed 2 tysiecy lat. Moze piszczel na pamiatke? A moze mumie, mala uzywana w dobrym stanie, nawet wlosy sie zachowaly? Więcej zdjęć z Nazca w podlinkowanym albumie.


PS. Sorry za brak polskich liter, ale ta klawiatura jest po hiszpansku ;)

czwartek, 3 kwietnia 2008

Już niedługo wakacje :)

Do wylotu na nasze małe tourne po Ameryce Południowej zostało już niecały tydzień. Cały sprzęt i zaopatrzenie mniej więcej mamy skompletowane, cały czas jednak próbuję dowiedzieć się jak najwięcej "na zapas" o miejscach, które będziemy odwiedzali.

Jednym z gwoździ programu ma być zjazd na rowerze (podobno) najniebezpieczniejszą drogą na świecie z La Paz do Coroico. Dzisiaj natknąłem się na nowe zdjęcie, którego wcześniej nie widziałem. Czyżby mały korek spowodowany przez sprzęt budowlany? ... zaraz, zaraz..., tam w ogóle robią remonty? ;)

poniedziałek, 11 lutego 2008

Trzy dni w Torres del Paine

Ten krótki film przedstawia niezwykłe piękno gór Parku Narodowym Torres del Paine w Patagonii, na samym południowym krańcu kontynentu amerykańskiego, w tym trzy granitowe wieże o wyskości 2500 metrów, od których pochodzi nazwa parku. Od 1978 roku park został uznany przez UNESCO za rezerwat biosfery. Film powstał przez połaczenie materiału zdjęciowego (ponad 35 tysięcy zdjęć) wykonanego przez trzy dni.



Zobacz także: więcej filmów górskich.

poniedziałek, 4 lutego 2008

Niezwykłe przygody i perypetie boliwijskiego transportu lotniczego

Niektóre osoby być może natknęły się już w serwisie na planowaną przeze mnie i Pawła wyprawę do Ameryki Południowej. To już za dwa miesiące! Z tego powodu od jakiegoś czasu przeczesuję sieć w poszukiwaniu przydatnych informacji z regionu. To, co dzisiaj znalazłem, rozśmieszyło (??) mnie na tyle, że chyba warto aż wspomnieć na blogu: Nie dolecieli... zabrakło paliwa!.

Jeśli ktoś nie ma czasu na czytanie całej notki (a warto, bo ciekawie napisana jest), to wszystko sprowadza się do tego, że zabytkowy Boeing 727 lini LAB lądował awaryjnie (czy raczej rozbił się) w podmokłym lesie z powodu braku paliwa (zabrakło 5 kilometrów do lotniska w Trinidad!). Pasażerowie mieli niebywałe szczęście - nikt nie zginął, najpoważniejsze obrażenia to złamany obojczyk. Powód? ... zabrakło paliwa!

Planując wyprawę rozważałem, zastanawiałem się, co stanie się, jeśli gdzieś po drodze linie lotnicze zgubią bagaż. Takich cudów nie brałem pod uwagę... ciekawe, czy linie którymi mamy lecieć z Cochabamba do Asuncion również mają takie przygody w ramach swoich programów in-flight entertainment... :)

piątek, 1 lutego 2008

Narciarstwo + spadochron = speedriding

Przedstawiam filmik znaleziony na Wykopie, ale bardzo fajny. Pokazuje coś, co niektórzy nazywają jednym z najniebezpieczniejszych sportów ekstremalnych. ;) Co prawda wygląda całkiem bezpieccznie i widzieliśmy gorsze pomysły, ale warto obejrzeć.



A tu jeszcze jeden - większe prędkości, większa góra... :)


Więcej filmów na temat speedflying na tej stronie.